5.3.10

muzyka, mix i co na to zh.

Bardzo ciekawe rozmyślania trafiły mnie dziś, więc będzie z mega innej beczki.

Pamiętam, jak mnie uświadomił pewien chłopak na Brooklynie, zwykły chłopak,
Polak, sprzedawca aparatów fotograficznych, uwielbiał Stevie Ray Vaughana.
Tego dnia w radio i tv
przebiegła wiadomość, że SRV, geniusz gitary, zginął w katastrofie
helikoptera. Była nawet pogłoska, że z nim leciał Clapton... ale Eric leciał
innym śmigłowcem, za to z SRV zginęłi jego manager i techniczny. Z jakiegoś
festiwalu wracali. Więc ten chłopak, który mieszkał przez drzwi, był załamany. W
swoim pokoiku miał na półce wszystkie płyty SRV i zaprosił do wspólnego posłuchania. I kiedy
słuchaliśmy, to on czytał z okładek "co to kurwa jest, jakieś pierdolone
surround" "przecież oni to nagrali stereo, to surround to fikcja, sztucznie
stworzona przez ten syf" wskazywał na wzmacniacz od CD playera. I nagle powiedział
takie słowa: "Nie wolno kręcić żadnymi gałkami w sprzęcie, nie wolno dodawać
basu czy góry. To zbrodnia. Gdyby zespół chciał nagrać płytę z większą ilością
basu, to by nagrał. Należy wszystkie gałki ustawiać na "zero", tylko wtedy
słyszysz dokładnie to, co oni chcieli nagrać". Zamurowało mnie. To była święta
racja. Ilekroć nagrywałem cokolwiek w studio, dochodziłem do momentu, że oto
słyszę w tym studio piosenkę i ona misię podoba, i mówię "O! Zostawmy to tak!" I
zostawialiśmy. Wszystkie nagrania Perfectiu i inne, których setki nagrałem jako sideman. I dotarło do
mnie, że wielokrotnie potem słuchałem ich u kogoś w domu i koleś podkręcałó bas do oporu,
albo górę, albo jedno i drugie. I brzmiało to inaczej, nie tak, jak w studio. Od tametej pory nie
dotykam gałek barwy tonu.Tytus też nie,a sprzęt ma hajendowy, wielkiej
klasy.Mógłby zrobić niejedno. Nic z tych rzeczy. Pstryczek "On" i już. Wtedy
słyszysz dokładnie te proporcje, jakie ustawili sobie ludzie z Metalliki, Queen,
Nirvany czy Coltrane z Davisem, kiedy akceptowali nagranie. Najprościej
jest to porównać do malarstwoa: oto kupujesz obraz Picassa i gałką sobie
dodajesz więcej czerwonego. Koszmar. To jużnie jest Picasso. I teraz słowo o masteringu,
największym mordercy współczesnej sztuki. Mastering to "umistrzowienie", czyli
"udoskonalenie". Poprawienie, uczynienie lepszym, Można tłumaczyć na wiele
sposobów. Nagrałeś muzykę i teraz oto siada przy niej człowiek w białym fartuuchu, ma za plecami
kilka drogich urządzeń i zaczyna ci gmerać w bebechach. Gdzieś miałeś szum z
głośnika - facet najeżdża na niego myszką i szum znika. Miałeś przesterowany głos - znika
przester. Bas nagle ci wyskoczył za bardzo, bo basitę palec zaswędział - - spoko, mistrz od
masteringu ujarzmi niesforną strunę. Po masteringu dostajesz wynik w postaci
płyty-matrycy, z którą powinieneś lecieć do tłoczni. Bo to jest twój produkt
finalny. Nie to, co nagrałeś i ci się spodobało, tylko to, co poprawił po tobie
mistrz od masteringu, żeby wszystko spełniało normy. On ma wyświetlacze i wie
ile decybeli powinno być, ile herzów, on to wszystko robi, jakby robił ci operację
plastyczną. Od kiedy wynaleciono CD i proces masteringu, zacząłem przeżywac
frustracje. Oryginalne nagranie The Beatles są po prostu genialne. Pełne
kolorów, emocjonalnie pasjonujące, nieokiełznane. cudne. Jakby nie istniał limit
wyobraźni. I oto nagle wychodzi płyta "The Beatles zmastrowani", kurwa, nie
daje się słuchać. Nagle gitara Harrisona już nie sprzęga się z basem McCartneya,
ona jest teraz z lewej czyściutka, a basik równiutki jak spod żyletki jest na środeczku.
Gdyby oni tak grali wówczas - nie wiem, czy wzbucdziliby takie emocje. Równie dobrze ktoś mógłby
dziś ich uczesać i przytstrzyc, nażelować im piórka na cztoprc, żeby wyglądali
jak należy. Zmasterowani. Piosenka Kuba jest mojątrzecią kolejnąpiosenką, w której
nie godzę sięna maestering. Odrzucam
go i tyle. Mimo, ze starająsię goście bardzo. Bo oto przed masteringiem
mi podoba, jest
tak, jak mogło być, cudnie brzmiTLove, jest trochę chaosu, są różnice w
dynamice, kocham to. Żywi ludzie grają.
I po masteringu dostaję -
przepraszam- Various
Manx. Basik idealny,
żadnych chropowatości, gitarki skontrolowane, żeby żadna
nie wyskoczyła. Ginie wsio, co mi się podobało w studio. Człowiek od mastera
mówi mi takie zdanie: Panie Zbyszku, nagranie musi być zmasterowane, bo jak
pojawi się w radio, to wtedy ich kompresory pana zabiją...
..oni mająlimitery, jak
bas wyskoczy za bardzo, to nagranie się udławi..." A ja pytam "Przecież na
koncertach i nagraniach live nikt nie kontroluje mocy uderzenia w werbel, raz
jest tak, raz tak. I radia to muszą grać" A on na to "Otóż nie muszą. Jak
nagranie sprawia kłopot to je wyrzucają z playlisty i po krzyku". Ostatnie kilka
zdań. Nagrałem rok temu "Fire" Hendrixa, gdzieś jest na Wrzucie. Po masteringu się
niemal rozpłakałem. Zabili mi wszystko, całą witalność. Było to nagranie do
kompilacji, nagrali inne songi Jan Bo, Waglewski, ktoś tam jeszcze, każdy w
innym studio i moje za bardzo się wyróżniało dynamiką. Więc je wyprasowali jak
żelazkiem, żeby leżało idealnie wpasowane między inne. Od tej pory jexziłem wszedzie ze swojąmp3-ką oryginalną,
sprzed masteru i
nadawałem niezmasterowane. Botylko ono było prawdziwe. I teraz nie wiem, czy kiedykolwiek Kuba
pojawi się na CD, nie mam planu, ale oczywiście chłopcy walczą nad masterem,
nawet w tej chwili...
i wiem, że Dziki, który tam czuwa w moim
imieniu chce po prostujednego: żeby zostawili wszystko jak jest i
tylko je zrobili głośniej, bo jest nieco ciszej w stosunku do nagrań zmasterowanych. Niewiele,
dla ucha bez znaczenia chyba, ale w radio zaraz limitery zaalarmują, że jest
awaria. Więc spokojnie mam swoje mp3 i swoje aiff sprzed masteru i tym siębędę posługiwał tak czy siak. Bo to jest tak, jak zaakceptowałem w
studio. I to chyba koniec. A, jeszcze jedno słowo. Dyktat stacji radiowych i ich
urządzenia doprowadziły do zabicia witalnej i emocjonalnej muzyki. Jebane
masteringi zrównały artystów jak Chińczyków chciał zrównać Mao, który ich
ubrał w jednakowe mundurki. Dlatego w radio nie ma śladu muzyki, jest bezwartościwoa magmą.

http://zbigniewholdys.blip.pl