Znikli chyba wszyscy których obecność jako-tako trzymała mnie przy zdrowych zmysłach... A może to na własne życzenie?
Jest niedziela, godzina dwudziesta jedenaście, a ja jestem kompletnie sam.
Nie mam rodziny, nie mam własnego kąta, nie mam znajomych, nie mam miłości, nawet kota swojego kurwa nie mam. Wszystko albo znikło, albo jest czyjeś, niemojetakie...
Znów worek gorszych dni z którymi muszę sobie sam poradzić.
Ale ktoś powiedział, że kiedyś musi wyjść słońce...
